sobota, 27 czerwca 2009

Przedmioty

Powoli wyprowadzam się z domu rodzinnego. Czasem przywożę rzeczy w walizce sama, czasem większy transport zabierają znajomi. Ostatnio przyjechało z nimi kilka kartonów. Wzięłam się za rozpakowywanie. Każda wyciągnięta rzecz, pieczołowicie zapakowana przez tatę, przenosiła mnie w inny obszar czasu, w inny wymiar mojego życia...

Niebieskie ozdobne szkło. Zaczęłam je zbierać jakoś pod koniec studiów, wymyśliłam sobie, że w swoim domu będę miała jedno pomieszczenie z niebieskimi akcentami. To miał być pokój. Jak wiadomo z praktyki, stanęło na kuchni, która ma jednak parapet na tego typu rzeczy. Niebieskie szkło stoi właśnie tam.

Komplet białych porcelitowych talerzy z niebieskim wzorkiem. Kiedy Ikea była jeszcze w Gdańsku-Oliwie, czyli blisko akademików na Polankach, często tam z koleżankami zaglądałyśmy. Komplety w jakiejś bardzo promocyjnej cenie, nie pamiętam już po ile, zrobiły furorę w akademiku. Były tanie (nie szkoda było, jeśli się coś stłukło), praktyczne, i zawierały to, co trzeba (po cztery talerze płaskie, głębokie, kubki i małe talerzyki). Przyjechał też komplet ręcznie malowanych talerzy, od Benek, otrzymany podczas imprezy pożegnalnej w akademiku. Osiem lat czekały na moment, w którym będę miała swoje mieszkanie.

Obrazki rysowane przez Kasię. Kasia robiła mniej więcej to, co teraz robię ja, czyli chodziła na warsztaty psychologiczne i rozwijała twórczość własną. Dostałam od niej "drzewko wesołych myśli" jako lekarstwo na moje narzekanie i pomarańczową, bardzo energetyczną różę. Rozwijała, rozwijała i jak rozwinęła! U nikogo innego ze znajomych nie widziałam tak ładnie pomalowanego pokoiku dziecka, w różne zwierzaki, ptaki, i owady, a wszystko to w dobrze zestawionych kolorach. Ani za buro, ani za pastelowo - po prostu w sam raz.

Miśki kurzołapy. Bardzo dawny znajomy kupował mi ich dużo w prezencie. Po zmianie planów miśki zostały jednak oddane na loterię parafialną. Były w całkiem dobrym stanie, w przeciwieństwie do kilku małych kurzołapów z dzieciństwa - miśka od syna sąsiadów otrzymanego na 6. urodziny, trzech piesków od ciotki i koleżanek. Te postanowiłam zachować. Pamiątek po byłych jakoś nie zbieram. Ale największy kurzołap nie wiedzieć czemu ocalał w jednej z szafek. Mama została poproszona, aby dołączyć go do gadżetów na tegoroczną loterię. Tata, nie wiedząc o tym, miśka spakował, razem z małymi kurzołapami, do wywózki do Warszawy. Tym sposobem duży kurzołap zajmuje teraz jedno z krzesełek w pokoju. A następna loteria u dominikanów dopiero za rok, aaaaa...

Szklana cukierniczka. Prezent od jednej z Babć. Napędziła nam kiedyś niezłego stracha, gdy któregoś wieczoru łyżeczka sama z niej wyskoczyła i upadła na podłogę. Mama przypuszczała nawet, że Babci, przebywającej z wizytą u siostry, coś mogło się stać. Mój tato upierał się jednak, że przyczyna musi być czysto naukowa, nie paranormalna. I tak długo szukał, dopóki nie znalazł winowajcy: ogromnego konika polnego, który przycupnął na moim plecaku...

Kieliszki do wina. Pięć, gdyż szósty został stłuczony. Pamiątka po Dziadkach z Nowego Miasta Lubawskiego. Do tych kieliszków Dziadek rozlewał wino własnej roboty, zazwyczaj robione z dzikiej róży, i dawał je do picia dorosłym oraz - w niewielkich ilościach - młodzieży (uraczenie winem przez Dziadka było symbolem awansu do tej grupy). Z tych kieliszków rozpijaliśmy ostatnie wino, znalezione w piwnicy po pogrzebie Babci. W przeciwieństwie do innych pijących, kuzynka M. poczuła się po nim niedobrze, czego powodem była pewna mała dziewczynka, mieszkająca w jej brzuchu. Coś się właśnie skończyło, ale coś się zaczynało...

Zdjęcie w antyramach. Skoro już w temacie Nowego Miasta. Zdjęcie, kupione od miejscowego fotografa, który poza zdjęciami okolicznościowymi, wałęsał się czasem po okolicy i fotografował krajobraz. Na zdjęciu panorama miasta w świetle przedpołudniowego słońca, to musi być upalny sierpień, początek lat 90. Kraj dzieciństwa. To tam, u Dziadków, spędzało się wakacje czy wpadało się z krótką wizytą z okazji urodzin lub imienin. Zapach rzeki, orzeźwiający chłód starego ogrodu, huśtawka z kawałka plastikowej rury, poniemiecki napis na drzwiach domu, rozległe krajobrazy, mały krótki pociąg jeżdżący z Iławy... Próbowałam to zatrzymać, zbierając liczne lokalne publikacje, robiąc niezliczone ilości zdjęć. Zrozumieć i opisać istotę sennej atmosfery miasteczka, podobnie jak Pamuk szukał najlepszych słów do opisu stambulskiego huzun. Jeszcze nie wiem, czy mi się to udało.

Kaszubskie anioły. Z mojego trójmiejskiego stowarzyszenia, poza listą dyskusyjną, nic nie przetrwało. Zbyt dużo planowaliśmy i zbyt dużo oczekiwaliśmy od siebie, aby być w stanie zrealizować jakiś prosty plan. Rozjechała się też - z różnych dziwnych powodów - współpraca międzyludzka. Świetnie wychodziły nam za to imprezy okolicznościowe. Anioły są pamiątką po jednej z nich.

Zdjęcie dwóch kozic. "Jest nas już dwoje!", wydaje się mówić, "Koziczka znalazła swojego Koziczka!". Przypomina inne zdjęcie, wykonane przeze mnie zaledwie parę miesięcy wcześniej, przy zejściu z Gubałówki. I myśl, która pojawia się podczas tego wyjazdu, trochę wcześniej. "Kurczę, byliby naprawdę świetną parą. Mają podobne poczucie humoru, podobny sposób żartowania, podobne temperamenty, podobne zainteresowania, lubią ze sobą rozmawiać, przyjaźnią się i czują się dobrze w swoim towarzystwie. Gdyby tylko oni sami to w sobie zobaczyli"... Czy muszę mówić, że tak się wkrótce stało?

Król Sielaw. Nagrodą za tekst w lokalnym dodatku "GW", który wygrał konkurs, był tygodniowy pobyt w Hotelu Gołębiewski w Mikołajkach. Pojechałam tam z mamą w ramach mojego pierwszego urlopu, we wrześniu 2002. Rytm hotelowych posiłków - zajadałam się zwłaszcza pysznymi musami w różnych smakach - wyznaczał rytm dnia. Poza basenem (nawet dwa razy dziennie) i spacerami po pustoszejącym miasteczku, a wieczorami - książkami (ja) i telewizją (mama) nie robiłyśmy nic. Chciałam kupić jakąś lokalną pamiątkę z tego pobytu. Nie było prawie żadnych, poza kiczowatymi figurkami Króla Sielaw. Wybrałyśmy najbardziej paskudnego, ceramicznego, polakierowanego tęczową emalią, mając przy tym mnóstwo zabawy. Stoi teraz między aniołami na półce w kuchni.

8 komentarze:

Zbyszek pisze...

Pamiątki, pamiątki, czym bez nich byłby ten dom...
Ja dopiero myślę, jak wszystko spakować.
Olsztyn po burzy, w tle Marek Grechuta "Gdziekolwiek", jakoś sentymentalnie...pozdrawiam.

andalo pisze...

Heh, mój tato też ciężko myśli nad książkami w tej chwili, bo to jest największa część dobytku :)
U nas wieczór był bezdeszczowy i upalny - ale od rana nadciągają chmury, więc też może być burzowo.

andalo pisze...

Pozdrawiam również z upalnej Warszawy :)

czarownica pisze...

"mój tato też ciężko myśli nad książkami w tej chwili"
"oczywiscie moi rodzice musieli zadzwonic i sprawdzic, czy mi sie nic nie stalo"

To pierwsze implikuje to drugie.

andalo pisze...

@Czarownica
ale o co chodzi?

czarownica pisze...

Korzystajac z pomocy rodzicow w tego typu co przewiezienie ksiazek sprawach, w ich oczach niejako automatycznie stawiasz sie na pozycji nieporadnego dziecka, niewazne ze w innych sprawach radzisz sobie swietnie.
To wywoluje nadmierny niepokoj rodzicow, bo przeciez o dziecko trzeba sie troszczyc i sprawdzac, czy krzywda mu sie nie dzieje.

Z wieloletniej obserwacji, praktyki, lektur i dyskusji z ludzmi zajmujacymi sie psyche - takie relacje sa czeste miedzy rodzicami, a doroslymi dziecmi bez "nastepnej" rodziny, zwlaszcza bezdzietnymi. Jesli mieszkaja osobno, wyraza sie to tak jak powyzej - informacja o burzy i telefon, zeby sprawdzic czy wszystko OK.
Jesli mieszkaja razem, moze byc gorzej - rodzice czesto probuja kontrolowac takie dorosle dziecko.

Anonimowy pisze...

Tak. Nawet jak się stosuje selekcję przy kupnie książek (co warto tylko przeczytać, a co warto także mieć:)), to i tak wciąż półki są o wiele za krótkie..., a porada Rodzica - bezcenna:)

andalo pisze...

@Anonimowy
Zwłaszcza, że mój tata potrafi tak pakować, jakby miał do dyspozycji czarodziejski kuferek w sposób magiczny zwiększający swoją objętość - mieści mu się więcej, niż innym osobom ;)