poniedziałek, 29 czerwca 2009

Spowolnienie

Jak się okazało, moje ciągłe zmęczenie, niewyspanie, brak koncentracji i zawieszki, miały ściśle chemiczne źródło. Niby jeden mały pierwiastek. A taki ma wpływ. Biorę grzecznie leki, stosuję się do zaleceń lekarza w sprawie diety. Kilka popołudni przespałam jak kamień - sen po powrocie z pracy, wstanie na krótki moment, aby się znowu położyć spać, noc przespana jednym ciągiem. Po paru dniach czuję się znacznie lepiej, pomijając sobotni ból głowy wywołany zmianą pogody.

Życie towarzyskie z tego powodu prawie zamarło. We wtorek był u mnie Tomek - posiedzieliśmy, pogadaliśmy głównie o sprawach zawodowych (ale też popodziwiałam Tomkowego ajfona), objedliśmy się lodami. W niedzielę pozdrowienia od drugiego Tomka, z Bieszczad (komu dobrze). Wieczorkiem piwo z Benkiem i MS - wesołe towarzystwo zwinęło się do domów dopiero po 23.00. Poza tym pewien brązowooki pan mi się ostatnio dość uważnie przygląda i stara się bywać w tym samym miejscu o tej samej porze, co ja. Jednak, jak mawia w-n, "dopóki facet nie będzie leżał na wycieraczce z bukietem róż w zębach" (czyli: facet, któremu naprawdę zależy, zawsze znajdzie sposób), nie ma sensu bliżej się tym interesować. Trzeba jednak przyznać, że takie spojrzenia miłe są, oj miłe :)

Doktorat też pisze się wolniej. Miałam oddać trzeci rozdział w połowie czerwca, ale zrobię to miesiąc później, brakuje mi jeszcze 1/4. A do tego co chwila znajduję coś nowego i ciągle dopisuję, przerabiam i uzupełniam. Motywuje mnie to, że jak oddam ten rozdział, to już będzie z górki - dwa ostatnie będą zdecydowanie najłatwiejsze do napisania. I dobrze, bo z rozprawy zrobiła się już kłoda, która leży na drodze i przeszkadza iść dalej albo zajmować się czymkolwiek innym.

Przeczytałam ostatnio też parę ciekawych książek, ale na ich temat napiszę osobną notkę.

sobota, 27 czerwca 2009

Przedmioty

Powoli wyprowadzam się z domu rodzinnego. Czasem przywożę rzeczy w walizce sama, czasem większy transport zabierają znajomi. Ostatnio przyjechało z nimi kilka kartonów. Wzięłam się za rozpakowywanie. Każda wyciągnięta rzecz, pieczołowicie zapakowana przez tatę, przenosiła mnie w inny obszar czasu, w inny wymiar mojego życia...

Niebieskie ozdobne szkło. Zaczęłam je zbierać jakoś pod koniec studiów, wymyśliłam sobie, że w swoim domu będę miała jedno pomieszczenie z niebieskimi akcentami. To miał być pokój. Jak wiadomo z praktyki, stanęło na kuchni, która ma jednak parapet na tego typu rzeczy. Niebieskie szkło stoi właśnie tam.

Komplet białych porcelitowych talerzy z niebieskim wzorkiem. Kiedy Ikea była jeszcze w Gdańsku-Oliwie, czyli blisko akademików na Polankach, często tam z koleżankami zaglądałyśmy. Komplety w jakiejś bardzo promocyjnej cenie, nie pamiętam już po ile, zrobiły furorę w akademiku. Były tanie (nie szkoda było, jeśli się coś stłukło), praktyczne, i zawierały to, co trzeba (po cztery talerze płaskie, głębokie, kubki i małe talerzyki). Przyjechał też komplet ręcznie malowanych talerzy, od Benek, otrzymany podczas imprezy pożegnalnej w akademiku. Osiem lat czekały na moment, w którym będę miała swoje mieszkanie.

Obrazki rysowane przez Kasię. Kasia robiła mniej więcej to, co teraz robię ja, czyli chodziła na warsztaty psychologiczne i rozwijała twórczość własną. Dostałam od niej "drzewko wesołych myśli" jako lekarstwo na moje narzekanie i pomarańczową, bardzo energetyczną różę. Rozwijała, rozwijała i jak rozwinęła! U nikogo innego ze znajomych nie widziałam tak ładnie pomalowanego pokoiku dziecka, w różne zwierzaki, ptaki, i owady, a wszystko to w dobrze zestawionych kolorach. Ani za buro, ani za pastelowo - po prostu w sam raz.

Miśki kurzołapy. Bardzo dawny znajomy kupował mi ich dużo w prezencie. Po zmianie planów miśki zostały jednak oddane na loterię parafialną. Były w całkiem dobrym stanie, w przeciwieństwie do kilku małych kurzołapów z dzieciństwa - miśka od syna sąsiadów otrzymanego na 6. urodziny, trzech piesków od ciotki i koleżanek. Te postanowiłam zachować. Pamiątek po byłych jakoś nie zbieram. Ale największy kurzołap nie wiedzieć czemu ocalał w jednej z szafek. Mama została poproszona, aby dołączyć go do gadżetów na tegoroczną loterię. Tata, nie wiedząc o tym, miśka spakował, razem z małymi kurzołapami, do wywózki do Warszawy. Tym sposobem duży kurzołap zajmuje teraz jedno z krzesełek w pokoju. A następna loteria u dominikanów dopiero za rok, aaaaa...

Szklana cukierniczka. Prezent od jednej z Babć. Napędziła nam kiedyś niezłego stracha, gdy któregoś wieczoru łyżeczka sama z niej wyskoczyła i upadła na podłogę. Mama przypuszczała nawet, że Babci, przebywającej z wizytą u siostry, coś mogło się stać. Mój tato upierał się jednak, że przyczyna musi być czysto naukowa, nie paranormalna. I tak długo szukał, dopóki nie znalazł winowajcy: ogromnego konika polnego, który przycupnął na moim plecaku...

Kieliszki do wina. Pięć, gdyż szósty został stłuczony. Pamiątka po Dziadkach z Nowego Miasta Lubawskiego. Do tych kieliszków Dziadek rozlewał wino własnej roboty, zazwyczaj robione z dzikiej róży, i dawał je do picia dorosłym oraz - w niewielkich ilościach - młodzieży (uraczenie winem przez Dziadka było symbolem awansu do tej grupy). Z tych kieliszków rozpijaliśmy ostatnie wino, znalezione w piwnicy po pogrzebie Babci. W przeciwieństwie do innych pijących, kuzynka M. poczuła się po nim niedobrze, czego powodem była pewna mała dziewczynka, mieszkająca w jej brzuchu. Coś się właśnie skończyło, ale coś się zaczynało...

Zdjęcie w antyramach. Skoro już w temacie Nowego Miasta. Zdjęcie, kupione od miejscowego fotografa, który poza zdjęciami okolicznościowymi, wałęsał się czasem po okolicy i fotografował krajobraz. Na zdjęciu panorama miasta w świetle przedpołudniowego słońca, to musi być upalny sierpień, początek lat 90. Kraj dzieciństwa. To tam, u Dziadków, spędzało się wakacje czy wpadało się z krótką wizytą z okazji urodzin lub imienin. Zapach rzeki, orzeźwiający chłód starego ogrodu, huśtawka z kawałka plastikowej rury, poniemiecki napis na drzwiach domu, rozległe krajobrazy, mały krótki pociąg jeżdżący z Iławy... Próbowałam to zatrzymać, zbierając liczne lokalne publikacje, robiąc niezliczone ilości zdjęć. Zrozumieć i opisać istotę sennej atmosfery miasteczka, podobnie jak Pamuk szukał najlepszych słów do opisu stambulskiego huzun. Jeszcze nie wiem, czy mi się to udało.

Kaszubskie anioły. Z mojego trójmiejskiego stowarzyszenia, poza listą dyskusyjną, nic nie przetrwało. Zbyt dużo planowaliśmy i zbyt dużo oczekiwaliśmy od siebie, aby być w stanie zrealizować jakiś prosty plan. Rozjechała się też - z różnych dziwnych powodów - współpraca międzyludzka. Świetnie wychodziły nam za to imprezy okolicznościowe. Anioły są pamiątką po jednej z nich.

Zdjęcie dwóch kozic. "Jest nas już dwoje!", wydaje się mówić, "Koziczka znalazła swojego Koziczka!". Przypomina inne zdjęcie, wykonane przeze mnie zaledwie parę miesięcy wcześniej, przy zejściu z Gubałówki. I myśl, która pojawia się podczas tego wyjazdu, trochę wcześniej. "Kurczę, byliby naprawdę świetną parą. Mają podobne poczucie humoru, podobny sposób żartowania, podobne temperamenty, podobne zainteresowania, lubią ze sobą rozmawiać, przyjaźnią się i czują się dobrze w swoim towarzystwie. Gdyby tylko oni sami to w sobie zobaczyli"... Czy muszę mówić, że tak się wkrótce stało?

Król Sielaw. Nagrodą za tekst w lokalnym dodatku "GW", który wygrał konkurs, był tygodniowy pobyt w Hotelu Gołębiewski w Mikołajkach. Pojechałam tam z mamą w ramach mojego pierwszego urlopu, we wrześniu 2002. Rytm hotelowych posiłków - zajadałam się zwłaszcza pysznymi musami w różnych smakach - wyznaczał rytm dnia. Poza basenem (nawet dwa razy dziennie) i spacerami po pustoszejącym miasteczku, a wieczorami - książkami (ja) i telewizją (mama) nie robiłyśmy nic. Chciałam kupić jakąś lokalną pamiątkę z tego pobytu. Nie było prawie żadnych, poza kiczowatymi figurkami Króla Sielaw. Wybrałyśmy najbardziej paskudnego, ceramicznego, polakierowanego tęczową emalią, mając przy tym mnóstwo zabawy. Stoi teraz między aniołami na półce w kuchni.

piątek, 26 czerwca 2009

Chmury

Sam nie rozumiem swojej pasji do fotografowania chmur, a raczej do ich uważnego badania. Cóż to za formy, które dopiero na fotografii nabierają ciężaru i twardości, bo na niebie rozlewają się jak plama benzyny o wiecznie wędrujących brzegach. Atmosferyczny test Rorschacha, codziennie aranżowany dla nas przez Najwyższego? Odcisk białego palca na niewidzialnej szybie, która nas odgradza od śmierci? Linie papilarne chłodnego wiatru?
Stefan Chwin, Dziennik dla dorosłych






Obserwowanie chmur to moje ulubione zajęcie, już od dzieciństwa. Najpierw wyglądałam na nie przez okna rodzinnego domu. Na delikatnoróżowe chmury wschodzącego słońca i wrzosowe chmury zachodu. Granatowe chmury zimy, niosące kolejne opady śniegu i ciężkie burzowe chmury lata. Kłębiaste cumulusy rosnące wysoko w górę w pogodne letnie dni. Mgły i szare niskie chmury jesieni oraz schyłku zimy. Potem przez wiele lat chmur nie widziałam. Nie sprzyjały ich obserwacji stłoczone jeden przy drugim budynki akademików czy kolejne stancje, gdzie przez okna było widać zazwyczaj przeciwległe budynki i drzewa.

Teraz mam trzy okna, a za nimi wielki kawał nieba. Mieszkanie z widokiem na chmury. Czy można było to sobie wymyślić inaczej?

czwartek, 25 czerwca 2009

"Nikogo nie ma w domu!"

Wszystko przez dyrektora ajti-oazę-spokoju, którego matrix tak pochłonął, że pan dyrektor nie wie, co dzieje się na Bożym świecie. Nie wie, co wyrabiają jego podopieczni. Zwłaszcza w odległych częściach igloo, które zostały przez nich tłumnie opanowane. Do rzeczy. Jeden z podwładnych oazy myślał, że do drzwi dzwoni jedna z koleżanek, więc otworzył drzwi swoją kartą, uchylił je, wrzasnął "nikogo nie ma w domu!", po czym je zatrzasnął. Okazało się jednak, że pod drzwiami stała klientka, która właśnie przyszła na spotkanie do działu korpo...

Tymczasem w dziale biznesdewelopmentu panuje plaża, gdyż po wielu dniach na nieboskłonie objawiło się słońce, które przez pierwsze pół dnia świeci przez szklaną klatkę. Dział biznesdewelopmentu powinien chyba zacząć smarować się opalaczem i przychodzić do pracy w bikini, a wczasy w ciepłych krajach nie będą już potrzebne. Na szczęście klapy szklanej klatki naprawiono i udało się wytworzyć świeży i orzeźwiający powiew (pod warunkiem, że w piwnicy igloo akurat nie są naprawiane kratki kanalizacyjne). Dział biznesdewelopmentu musiał się jednak przykuć do biurka, aby nie odfrunąć razem z przeciągiem, mówiąc wszystkim dowidzeeniaaa.... Równie niebezpieczne są wiatraki, które włączają sejlsi, a także spidery przynoszone przez programistów ("gdzie mnie ciągniesz, paskudo?").

Z nieznanych wojaży powrócił też czarno-biały przyjaciel dyrektora sejlsmena, który nie tylko siada i patrzy na niego czułym i małodobrokoleżeńskim spojrzeniem. Zgodnie z prawami rozwoju relacji wszelakich, opisanymi już w "Małym księciu", postanowił zacieśnić znajomość i podchodzi coraz bliżej. Niestety, przeszkadza w tym jak zawsze czujna kontrolajakości, która goni go jednym donośnym "psik!".

Kierownik ajti-okocim-spojrzeniu rekrutuje. Programiści mają nadzieję na nową koleżankę, gdyż na razie oczekiwania ajti-okocimia najbardziej spełnia pewna młoda, piękna i inteligentna, panna programistka. Niektórzy, którzy ją widzieli, mają nawet bardzo dużą nadzieję, bo już próbują wyprosić u ajti-okocimia możliwość przenosin do jego chłodnej i przytulnej jamy na tyłach parteru...

wtorek, 23 czerwca 2009

Katalog rozbieżności

W mocno zmaskulinizowanej fabryce zaczyna się większą uwagę zwracać na damsko-męskie różnice. Wiele rzeczy, które do tej pory wydawały mi się oczywiste, okazują wcale nie być się oczywiste. I jak się poszuka w innych sferach życia i w historiach zasłyszanych od znajomych, to nagle się okazuje, że połowa istot, którą ma się wokół siebie, naprawdę przybyła chyba z innej planety. Oto parę przykładów rozbieżności.

Opowiadanie o problemach. W świecie żeńskim radzenie sobie z problemem polega na opowiadaniu o nim bliskim osobom. Dyskutując, człowiek wyzbywa się negatywnych emocji, może odsapnąć, zasięgnąć rady, a potem znowu zabrać się do rozwiązywania. W świecie męskim opowiadanie o problemach jest oznaką słabości i bezradności. Problem się najpierw rozwiązuje, a potem opowiada się innym, jak to cudownie udało się go rozwiązać.

Przyznawanie się do błędów. W świecie żeńskim przyznawanie się do błędów, zauważanie własnej winy i przepraszanie przychodzi łatwo, skoro jest się nastawionym na współpracę, a nie na konflikt. W świecie męskim, nawet jeśli nie ma się racji, dyskutuje się długo i do upadłego i a) przedstawia się argumenty z kosmosu, aby ją udowodnić b) powołuje się na pomroczność jasną c) wmawia się, że problem jest tylko po tej drugiej stronie. Pamiętacie, jak przychodzi baba do lekarza z żabą na głowie i żaba twierdzi, że to jej się coś do d*** przykleiło? No, właśnie.
Słowo przepraszam nie przechodzi już przez gardło, tak samo jak wzięcie odpowiedzialności za to, co się zrobiło.

Rywalizacja. W świecie żeńskim raczej się współpracuje, mediuje, szuka porozumienia. W świecie męskim się rywalizuje i musi się wygrywać (rywalizacja przejawia się raczej w obrażaniu się na lepsze koleżanki). Pamiętam, jak nie mogłam w dzieciństwie zrozumieć, dlaczego syn sąsiadów w bitwie żołnierzykami zawsze chciał wygrywać. Dla mnie było to nudne. W osłupienie wprawili mnie też dwaj moi koledzy, z których każdy osobno nie przejawia tendencji do popisów. Wystarczyło ich jednak zestawić ze sobą...

Wyrażanie sympatii. W świecie żeńskim przyjaźń polega między innymi na trosce o potrzeby drugiej osoby. Mówisz koleżance, że boli cię głowa, a ona już biegnie do ciebie z paczką tabletek. Polega też na dzieleniu się tym, co się posiada - wiedzą, czasem, a nawet jedzeniem. W świecie męskim zdaje się jest to odbierane jako zbytnie staranie się i zbytnie pokazywanie, że ci zależy.

Testowanie własnej atrakcyjności. W świecie męskim testuje się własną atrakcyjność na kobietach tylko po to, aby ją po raz kolejny sprawdzić i sobie udowodnić. Przypadek pana, który na gadu flirtuje z różnymi paniami a z żadną nie może się dziwnym trafem spotkać, to jest właśnie ten przypadek. Tak samo, jak zajęci panowie, którzy tkwią w problematycznych związkach i zaczepiają wszystko, co się rusza, a na drzewa nie ucieka, byleby dodać sobie wartości (a ze związku bynajmniej odchodzić nie zamierzają). W świecie żeńskim jest to zdecydowanie rzadsze postępowanie - jako mało praktyczne, zbyt czasochłonne i zbyt angażujące.

Lęk przed utratą niezależności. W świecie męskim związek z kobietą jest często odbierany jako zagrożenie. Pan, pytany o szczegóły, nie wie jednak, dlaczego mu to zagraża. Po prostu się boi. W świecie żeńskim związek z mężczyzną jest postrzegany jako dodatkowe źródło wsparcia i ochrony przed zagrożeniami. W końcu co dwie głowy, to nie jedna.

Komunikacja niewerbalna. W świecie żeńskim na równych prawach traktuje się to, co powiedziane i to, co niepowiedziane. Jeśli coś jest powiedziane, a komunikacja niewerbalna wskazuje coś zupełnie innego, przyjmuje się to, co wynika z komunikacji niewerbalnej (dlatego, że rzadko kto potrafi ją świadomie sfałszować). W świecie męskim komunikacji niewerbalnej się nie dostrzega lub też twierdzi się, że głupie baby za dużo sobie wyobrażają.

Ktoś chciałby uzupełnić tę listę?

niedziela, 21 czerwca 2009

Życie innych

Bieganie po lekarzach, załatwianie okresowych badań i spraw zaległych. Nie lubię, ale kiedyś trzeba. Na szczęście z ubezpieczeniem medycznym jest to dość łatwe, mamy dostęp do dobrych przychodni. Tylko lekarze jakoś tak mało nastawieni na kontakt z drugim człowiekiem. Ci z NFZ są bardziej przyzwyczajeni do ucinania sobie pogawędek.

Spotkania z ludźmi. W piątek wino z Tomkiem, gadamy o muzyce, o różnicach w podejściu kobiecym i męskim, o kredytach mieszkaniowych i robieniu stron internetowych. W sobotę dalej lekarze, a w przerwach większe zakupy w supermarkecie i mniejsze na bazarku. Wykopuję uschnięte iglaki z donic balkonowych. Jednak zmienia mi się koncepcja i postanawiam nie wsadzać na ich miejsce świeżo kupionych roślinek, tylko umieścić je w większych doniczkach na podłodze. Stare iglaki niech dożyją swojego czasu w donicy, potem wywali się ziemię, a w donicy zrobi się półkę z listewek i umieści się na niej doniczki, tak jak to zrobili sąsiedzi z dołu.

Przy okazji podglądam życie innych sąsiadów z dołu. Po przekątnej mieszkają starsi państwo, gdzieś koło siedemdziesiątki. Ich balkon jest oszklony, zrobili sobie z niego coś w rodzaju werandy, w której stoją dwa wygodne fotele, stolik i stoliczek z radiem. Czasami siedzi tylko ona i czyta jakąś gazetę. Czasami czytają gazety we dwójkę, ona i on. Gdzieś blisko przy nim zazwyczaj leży komórka. Często towarzyszy im kot, który śpi na serwecie na dużym stole. Kogoś mi przypominają...

Wieczorem w sobotę wpada MS na babskie ploteczki przy winku. Co się nasłuchałam o pannach z korporacji, zarabiających dużą kasę, mających duże problemy z poukładaniem sobie życia osobistego i biegających po różnych szemranych wróżkach i wróżach. Oficjalna religia (którakolwiek) straciła dla nich znaczenie, ale głód duchowości i zarazem lęk o przyszłość jest tak wielki, że są w stanie wydawać kasę na kogoś, kto roztoczy przed nimi miraż przyszłego szczęścia. Dużą kasę. Większą niż psychoterapia u dobrego terapeuty. Oczywiście wróżka potrafi odpowiednio nastraszyć i w ten sposób uzależnić od siebie klienta (sama zobaczyłam, jak ten mechanizm działa w przypadku babki z panieńskiego mojej byłej szefowej). Włos się na głowie jeży.

czwartek, 18 czerwca 2009

Książkowo

W pociągu do Berlina najnowsza książka Pamuka, "Stambuł. Wspomnienia i miasto". Opowieść pisarza o jego rodzinnym mieście, zbudowana z jego własnych wspomnień, europejskiej literatury podróżniczej, lokalnych wydawnictw porządkujących wiedzy o mieście (na przykład encyklopedii, którą zaczytywała się rodzina Pamuków) czy lokalnej prasy. Do tego bogaty materiał ilustratorski - ryciny i fotografie. Pamuk próbuje też zdefiniować istotę miasta, którą dla niego jest huzun (obydwa u z dwoma kropeczkami - nie mam tego znaku na mojej klawiaturze) - rodzaj ni to smutku, ni to tęsknoty, ni to melancholii, odczuwanej przez mieszkańców miasta na widok resztek jego dawnej otomańskiej świetności.

Teraz Stefan Chwin i "Dziennik dla dorosłych", czyli luźne zapiski pisarza, fragmenty jego korespondencji i felietonów, dokumentujące najważniejsze kwestie społeczne kilku ostatnich lat. Czasem pomysły tak absurdalne, jak te z fabrycznych obiadowych rozmów w kuchni. Czasem całkiem przytomne choć kontrowersyjne spojrzenie na sprawę - na przykład stwierdzenie, że wypędzenia były też szansą dla wypędzanych na lepsze życie - dla Polaków w Polsce, która cieszyła się większymi swobodami niż byłe republiki radzieckie, dla Niemców w Niemczech, gdzie w porównaniu z naszym krajem panował dobrobyt.

Przy okazji zapisałam się do biblioteki (jeden z luksusów stałego meldunku). Znalazłam stronę bibliotek mokotowskich, gdzie podane są poszczególne oddziały wraz z liczbami woluminów. Wybrałam oddział posiadający największą liczbę książek. Jak się okazało, jest w połowie drogi między Fabryką a domem. Poszłam zweryfikować informacje zaraz po pracy. Okazało się, że mają dużo literatury pięknej i dużą liczbę nowości (i jeszcze spotkałam fabrycznego kolegę, który też tam jest zapisany i bardzo sobie chwali). Pożyczyłam "Austerlitz" W. G. Sebalda i dla rozrywki nową książkę Marshy Mehran, "Woda różana i chleb na sodzie".

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Szymon Hołownia promuje koncert Madonny?

Spekulacje, że data sierpniowego koncertu Madonny w Polsce - 15 sierpnia - została wybrana nieprzypadkowo i że organizatorzy bardzo liczą na szum i protesty ze strony zagorzałych obrońców katolicyzmu, pojawiły się już dawno. Standard. W zeszłym roku mieliśmy kampanię pewnej firmy odzieżowej, która liczyła dokładnie na to samo. Dodatkowy medialny szum ze strony protestujących organizacji katolickich. Podczas, gdy najlepiej byłoby im tego szumu odmówić. Niech się męczą prowadząc standardowe działania promocyjne: wysyłając informacje prasowe oraz organizując spotkania dla prasy i niech potem męczą dziennikarzy o każdą publikację. Dlaczego my, katolicy, mamy im w jakikolwiek sposób ułatwiać sprawę?

No i otwieram ja sobie dzisiaj moją maszynkę i patrzę, co ciekawego pojawiło się w mediach. Mój ulubiony dziennikarz, Szymon Hołownia, rozpacza nad terminem koncertu Madonny - tutaj link do streszczenia w Dzienniku , na razie nie mam dostępu do oryginału w Newsweeku. Tia. Przypuszczam, że teraz sporo osób chętnie pójdzie na koncert chociażby dlatego, że będzie to miało posmak czegoś zakazanego i będzie szeroko oprotestowane przez przebrzydły ciemnogród (teoria reaktancji z psychologii się tutaj kłania). Wizerunek Polaka-ciemnego-katolika jeszcze bardziej się ugruntuje. Brawo!

PS. Dla skomplikowania sytuacji: jednym z patronów medialnych koncertu jest nie kto inny, tylko stacja TVN...

sobota, 13 czerwca 2009

Berlin

Wróciłam zmęczona, przytłoczona wrażeniami, ale bardzo zadowolona. Konferencja branżowa w całości spełniła moje oczekiwania. Poznałam ludzi, którzy w mojej dyscyplinie mają najwięcej do powiedzenia. Wiele rzeczy nie jest dla mnie nowych - do podobnych wniosków doszłam pisząc moją rozprawę. Przełączanie się między trzema językami naraz, jednym własnym i dwoma obcymi, też jest nie lada wyczynem. Mój niemiecki nie jest może doskonały, ale byłam w stanie się porozumieć. Po angielsku mówiłam bardzo swobodnie. Z Niemcami mówiącymi po angielsku zaczynałam mówić mieszanką obu języków (a po trzech dniach z nadmiaru danych wieszałam się jak stary komputer).

Wizyta u Kasi i Sebastiana, pierwsza w ich wspólnym domu i pierwsze spotkanie od ich ślubu cztery lata temu. Mały Seweryn patrzy na gości zaciekawionym, uważnym spojrzeniem dużych orzechowych oczu. Mieszkanie w starej kamienicy jest przytulne i ciche, pełne kontrastowych zestawień kolorów, starych i nowych mebli oraz licznych drobiazgów. Sąsiedzi przyjaźni. "Gdy się już pozbędziesz stereotypów i uprzedzeń, a także lepiej poznasz język, to zrozumiesz, że ludzie są tacy sami, jak wszędzie", mówi Kasia. Długie nocne Polaków rozmowy i zakupy na Bundesallee. W Aldim obkupiliśmy się w żelki Haribo i orzechy w czekoladzie. Sklep Hussel przypomniał mi słodycze dzieciństwa, które przybywały do nas w paczkach z Niemiec: bananowe poduszeczki (niestety, tym razem były tylko miętowe), czekoladowe kwiatki obtoczone w posypce do ciast, pianki i pralinki...


Podoba mi się same miasto. Jeśli ktoś był w starej, poniemieckiej części Olsztyna, lub też w Gdańsku Wrzeszczu i Gdańsku Oliwie, i teraz wyobrazi sobie, że są one lepiej utrzymane, a na wszystkich balkonach jest pełno kwiatów - to to jest ta część Berlina, w której mieszkają Kasia i Sebastian. Do tego zapach lip. W Berlinie rośnie ich mnóstwo, w połowie czerwca przypada apogeum ich kwitnienia i całe miasto wypełnia słodkawo-miodowy zapach.

Zgodnie z moimi przewidywaniami, pogoda nie dopisuje i niemal cały czas pada deszcz. Przejaśnia się dosłownie na dwie godziny czasu, które zostają nam między końcem konferencji i odjazdem pociągu do Polski, dlatego idziemy na spacer z dworca głównego pod Reichstag, Bramę Brandenburską i dalej, aleją Unter den Linden. Marzy mi się już ponowny przyjazd, z taką ilością czasu, by móc obejrzeć co ciekawsze punkty miasta, spokojnie porobić zdjęcia i uczyć się dalej mówić po niemiecku, wsłuchując się w melodię języka.

wtorek, 9 czerwca 2009

A było już tak pięknie...

Od trzech tygodni pogoda jest beznadziejna, a ja czuję się wyjątkowo źle. Do tego jest coraz mniej dobrze, jak na razie. Niezależnie od moich wysiłków, sprawy obracają się przeciwko mnie. Sprawdza się powiedzenie, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Ale sprawdza się też powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Nie sztuka śmiać się z kimś w momencie, kiedy wszystko się układa. Sztuką jest dopiero towarzyszenie w tych trudnych momentach, wspieranie, pomoc i wzięcie na siebie odpowiedzialności za relację.

Deszcz pokrzyżował mi też dzisiejsze plany zakupowe. Zdążyłam zaopatrzyć się w rajstopy i zajrzeć do Trafficu po plan Berlina, Politykę i prezent dla Kasi. Jakoś tak się dziwnie składa, że chociaż nie przepadam sama za Masłowską, to ludzie chcą ją w prezencie i chcąc nie chcąc, kupuję, by sprawić im przyjemność. A mi sprawia przyjemność dawanie oczekiwanego prezentu. Najlepiej, jeśli jest jeszcze własnoręcznie zrobiony.

Ulewa dopadła mnie pod spożywczakiem. Chcąc dotrzeć do domu, musiałam przejść przez deszcz. Teraz też leje. Prognozy, do tej pory dobre, nagle się dzisiaj wszystkie zrąbały. W Berlinie będziemy mieć istny mokry syf. Z pogodą jak z recesją. Nawet wybitni eksperci nie potrafią powiedzieć nic mądrego na jej temat.

Ostatnio chodzi za mną bardzo stary kawałek Bartosiewicz, "Siedem mórz, siedem lądów":
Siedem mórz, siedem lądów
W najdłuższą z wszystkich dróg
Wysłał mnie zmęczony światem Bóg
A jeśli długo mnie nie będzie
Zaginie o mnie słuch
Znajdziesz mnie na jednej
Z mlecznych dróg...

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Fear (of the unknown)

(spisane w pociągu relacji Warszawa-Szczecin)

Mail od organizatorki prestiżowej konferencji branżowej przywołał pewne wspomnienie. W piątej klasie zostałam zaangażowana do odegrania głównej roli w przedstawieniu lalkowym dla młodszych dzieci. Nie pamiętam fabuły, a jedynie to, że główną bohaterką była lisica. Kukiełkę lisicy przystroiłam według własnego upodobania, nadając jej cechy oryginalności i ekscentryczności. Moja lisica miała szansę stać się wyrazistą postacią i przez to przedstawienie zapowiadało się obiecująco. Ponieważ była to główna rola, na dublerkę wyznaczono moją koleżankę i świetnie bawiłyśmy się na próbach. Jednak na samo przedstawienie się nie stawiłam. Wydawało mi się, że nie umiem zbyt dobrze tekstu, paraliżował mnie strach i lęk, czy w ogóle podołam. Czym innym była próba w małym kameralnym gronie, a czym innym stanięcie wobec wszystkich uczniów, rodziców i nauczycieli. Wolałam wycofać się i poddać od razu. Przecież i tak byłam do niczego. I tak się nie nadawałam. Rzecz jasna, moi rodzice z powodów czysto wychowawczych nie chronili mnie w żaden sposób przed konsekwencjami takiego kroku i musiałam wysłuchiwać tyrad najpierw zawiedzionej polonistki, potem wychowawcy, i to w obliczu całej klasy. Nikt mnie nie bronił ani nie tłumaczył, nawet ja sama. Po prostu stchórzyłam. Ale do tego nie mogłam się przecież przyznać.

Druga sytuacja, która stanęła mi przed oczami, to ustne matury z polskiego. Siedzimy pod klasą, jest z nami nasz polonista (był na urlopie zdrowotnym, więc nie mógł być w komisji, ale cały dzień nam towarzyszył). Ma zdawać Agnieszka, jedna z lepszych i zawsze dobrze przygotowanych uczennic w naszej klasie. Panikuje, jest przerażona, trzęsie się. Polonista ją pociesza, uspokaja. Agnieszka próbuje uciec, ledwo zostaje wezwana do sali. Polonista z kolegą przytrzymują ją i nie pozwalają jej zrobić kroku dalej, cały czas ją uspokajają. W końcu Agnieszka wchodzi do sali i ostatecznie zdaje maturę.

Dwie sceny, które łączy to samo. Paraliżujący strach, że nie jestem wystarczająco dobra, że nie dam rady, że nie powiem ani słowa, że nie podołam, że jestem do niczego i na pewno tym razem mi się nie uda. I dość istotna różnica. W drugiej scenie są inni ludzie, którzy udzielają namacalnego wsparcia. W samotności zostajemy sami z własnym lękiem, wyolbrzymiającym wszystko do monstrualnych rozmiarów i odbierającym zdolność racjonalnego myślenia. Zostajemy z wewnętrznym krytykiem, który skrzeczy: to ci się na pewno nie uda, ty się nie nadajesz, jak taki odludek może w ogóle próbować wyjść do ludzi, jesteś do niczego, nie poradzisz sobie, po co ci to wszystko, przecież chcesz mieć spokój, prawda, więc od razu lepiej na wszelki wypadek zrezygnuj... Dlatego potrzebujemy innych i ich pomocy. Ale żeby je dostać, musimy sami się na tych innych otworzyć, pozwolić im się zbliżyć, zaufać im, szczerze porozmawiać, zwierzyć się z obaw. Zaryzykować, że tutaj też możemy zostać zranieni, że możemy spotkać się z niezrozumieniem. Warto. Ktoś przytrzyma nas w chwili paniki albo powie dobre słowo. A sam strach okaże się mieć też funkcję mobilizującą do jeszcze lepszego postarania się, dania z siebie wszystkiego, co możliwe, a nie tylko paralizatora.

Gdybym się tego nie nauczyła i nie zrozumiała, nie byłabym w stanie prowadzić teraz żadnych prezentacji. Audytorium konferencji i szkoleń branżowych jest zazwyczaj o wiele liczniejsze i bardziej wymagające niż publiczność szkolnego przedstawienia. Jednak, chociaż wyciągnęłam wniosku praktyczne, o sytuacji z przedstawieniem ciągle pamiętam też jako o zmarnowanej szansie.

niedziela, 7 czerwca 2009

Prośba o Wasze głosy

W OPparafii na Służewie trwa konkurs na zdjęcia jarmarkowe. Startuję z trzema fotkami, które były już publikowane na tym blogu i można je też zobaczyć w galerii konkursowej. Są to zdjęcia nr 1 (koszulki), nr 8 (bańki mydlane) i nr 17 (niebieski słoń).

Będę wdzięczna za każdy oddany głos, jeśli tylko podoba się Wam któraś z moich fotek. Głos można oddać wysyłając maila ze swego adresu internetowego na adres o. Jacka(albatus[at]dominikanie.pl). W mailu należy podać numery zdjęć, które zasługują na pierwsze, drugie i trzecie miejsce, oraz swoje imię i nazwisko. Głosy bez tych informacji niestety nie będą brane pod uwagę. Głosowanie trwa do 15 czerwca.

Ewolucja rewolucja i ja

Z Koziczkami znamy się od sześciu lat i wakacyjnego wyjazdu zorganizowanego przez grupę fanatyków dominikańskiej duchowości pragnących wdrażać w czyn nowe pomysły i idee. Z dawnych rewolucyjnych zapędów nie zostało już praktycznie nic. Większość potencjalnych rewolucjonistów zarzuciła dawne zainteresowania, pozakładała rodziny i chowa dzieci. Niektórzy nawet mówią, że stracili wiarę. Mi samej też już nie chce się angażować w coś więcej poza pracą, doktoratem i jakimiś drobnymi zainteresowaniami. Stwierdziliśmy wspólnie, że z pewnych rzeczy się po prostu wyrasta, także z młodzieńczego społecznikostwa. W którymś momencie ma się już dość, zwłaszcza, gdy jest się na decyzyjnym stanowisku i dźwiga się nie tylko odpowiedzialność, a przede wszystkim krytykę i niezadowolenie. Zaczyna zachowywać się dystans i nieufność. Zostaje się na obrzeżu, jak tytułowy Zacheusz z nowej książki Halika, którą przeczytałam w pociągu.

Jednak to, co ważne, to przyjaźnie, które nawiązują się i trwają. Zaczyna się od szczerości, od długich rozmów, od odsłaniania się. Zaufanie buduje się powoli, latami, poprzez odwiedziny, rozmowy, kontakt telefoniczny czy mailowy. I nawet jeśli to, co pierwotnie było pretekstem łączącym, zacznie się rozpadać, sama przyjaźń trwa, nawet jeśli na początku trudno było stwierdzić, czy te kontakty przetrwają. Jest przecież wiele takich relacji i wiele z nich - chociaż na początku wydają się bardzo obiecujące, choć wydaje się, że wręcz spotkało się pokrewną duszę - jakoś zamiera. Chociaż nie przepadam za blogerem Kominkiem, to jedną mądrą rzecz mu się zdarzyło napisać - że ci, którym zależy na nas i tak nie odejdą, dlatego mamy się nie bać tracić ludzi nas otaczających.

I być cały czas otwartym na ludzi nowych. To stwierdziliśmy podczas wspólnego spotkania przy kawie i lodach z Jaremą, obserwując, jak po nitce do kłębka rozwijały się niektóre nasze przyjaźnie. Kawiarnia (nie pamiętam nazwy, Koziczko, ratuj!) była zresztą rewelacyjna - wielkie, oryginalne i fajnie przystrojone puchary lodów. Zabetonowałam się do samego wieczora i nawet długaśny spacer na Koziczkowe Wzgórze (gdzie od najbliższej jesieni/zimy planują osiąść Koziczki) nie był w stanie spowodować powrotu apetytu. Poza tym, że nie wiedzieć czemu, spowodował zakwasy. Do tego zakupy w sklepie turystycznym - nowe buty do chodzenia po górach (plany wyjazdu zaawansowane, do przyszłego weekendu zamykamy listę uczestników). Krótsze niż zazwyczaj nocne Polaków rozmowy i spojrzenie z męskiego punktu widzenia. Wizyta z Koziczką w centrum handlowym z ciuchami i tutaj zakup sukienki na konferencję w Berlinie oraz kolejne wydarzenia branżowe. Przyjechała ze mną też debiutancka książka Zadie Smith (którą Koziczek oddał mi za jakąś drobną kwotę).

No i dosłownie w ostatniej chwili, w drodze z dworca do domu, zdążyłam zagłosować na erłoosła.

czwartek, 4 czerwca 2009

Reisefieber

20 lat temu pierwsze wolne wybory (dzisiaj ludzie po mieście chodzili obrandowani małymi naklejkami, nie wiem, skąd je mieli). Nie pamiętam samego dnia wyborów. Wydaje mi się, że świeciło słońce. Być może któreś z rodziców siedziało w komisji. Wcześniej Tato angażował się w kampanię wyborczą, roznosząc ulotki kandydatów solidarnościowych po ulicach Olsztyna. My, piątoklasiści, odbieraliśmy tę podniosłą atmosferę towarzyszącą zmianom ustrojowym, na swój sposób. Przynosiliśmy z klubu (wiejski odpowiednik saloniku prasowego) plakaty pozostawione tam przez sztaby wyborcze i przerabialiśmy "kandydata na posła" na "kandydata na osła" czy też staraliśmy się go upiększyć przy pomocy technik bardziej prymitywnych niż Photoshop. Plakaty nadawały się też do robienia z nich długich rurek, którymi można się potem było tłuc. Tak spontanicznie uczyliśmy się demokracji. O wiele bardziej pamiętam Okrągły Stół. Rozpoczęcie obrad i moja rodzina przesiadująca przed telewizorem podczas transmisji. Przesiadywałam razem z nimi, gdyż akurat były ferie. Niewiele z tego rozumiałam, ale udało mi się zrobić na drutach długaśny szalik.

Pogoda. Już drugi tydzień jest paskudnie, czemu towarzyszy moje bardzo złe samopoczucie. Dzisiaj na przykład zwlokłam się z łóżka dopiero po ósmej, a gdyby można było, to bym jeszcze pospała. I nic nie zapowiada, że to się zmieni. Błe. Nasz kurs biżuterii przenosi się z SDK do centrum - panie będą go organizować w siedzibie swojego sklepu. Będzie drożej, ale obiecują, że udostępnią więcej materiałów, zwłaszcza tych bardzo drogich. Mogą też wystawiać faktury, przez co z kolei ja mogę dokonywać większych odliczeń (i bardzo dobrze).

Fabrycznie wykańczam trudne rzeczy wymagające większego skupienia i praktycznie nie wystawiam nosa zza komputera. Jedyna rzecz, jaka jest mnie w stanie oderwać, to obiad ze stałą wesołą ekipą obiadową. Wczoraj poszliśmy też na kręgle fabryczne. W galmoku zebrała się spora reprezentacja Igloo plus nieliczni reprezentanci Żółtego Klocka. Ze względu na kręgosłup, nie grałam, ale za to powstała dokumentacja zdjęciowa wieczoru. Aparat to dobra rzecz. Można się odizolować, a równocześnie pobyć z ludźmi i jeszcze dla nich coś zrobić. Jutrzejszy dzień mam z kolei wolny (wyjazd do Koziczek). Mam też już bilety do Berlina na przyszły tydzień (i mam także coraz większy Reisefieber).

wtorek, 2 czerwca 2009

Dobre decyzje

Pogoda jest wykańczająca. Człowiek nie może rano się dobudzić, a potem cały dzień ledwo patrzy na oczy. Wygląda jak zombie i straszy cieniami pod oczami. I robi wszystko w tempie dwa razy wolniejszym niż normalnie. W rozmowie wiesza się niczym stary komputer i nie może sobie przypomnieć, co przed chwilą powiedział, albo zacina się jak podrapana płyta CD (niezły skrecz ci wychodzi, śmieją się sejlsi). Za to wieczorami funkcjonuje całkiem nieźle (co prawda po trzech kawach).

Spotkanie organizacji biznesowej, w której działa mój kolega z kursu niemieckiego. Swoją drogą, poczułam się wyróżniona, bo na te spotkania nie zaprasza się byle kogo, tylko ludzi, którzy znani są z przejrzystości i uczciwego zachowania i których bez wstydu można zarekomendować (cieszy mnie, że on mnie tak postrzega). Broni to organizację przed zbieraczami pokemonów i szuwarkozą (choć tego typu problemy, tak jak wszędzie, się zdarzają). Organizacja jest światowa, prestiżowa, ma jasno określone zasady, świetnie zorganizowane struktury i wypracowane sposoby działania. Spotkanie robocze (bo w takim brałam udział), szło szybko i sprawnie. Jaki kontrast z moim dawnym stowarzyszeniem, gdzie dyskusje ciągnęły się godzinami, a przypadki szuwarkozy były nader częste (na szczęście starsi wiekiem wiedzieli jak radzić sobie z tym problemem). No, ale my nie mieliśmy takiego zaplecza. Poza tym oni postawili na jakość - ciągle wyrzucaliśmy sobie, że za mało ludzi bierze udział w spotkaniach z gośćmi zewnętrznymi, tutaj jak jest dwadzieścia osób, to jest dobrze. Kolega zachowywał się bardzo fajnie, bo siedział koło mnie i rzeczowo objaśniał mi co oznaczają kolejne skróty i na czym polegają dyskutowane przedsięwzięcia organizacji. Na razie postanowiłam się niezobowiązująco poprzyglądać.

Poza tym zaplanowaliśmy spotkanie z naszą byłą lektorką i innymi byłymi kursantami. Fajna ekipa się stworzyła. Chociaż nie chodzimy już na kurs, warto to kontynuować. Życie towarzyskie kwitnie albowiem jest też plan na zgromadzenie ekipy z poprzedniej fabryki. Obecna fabryka integruje się jutro na kręglach (chociaż nie mogę grać, pewnie wpadnę na chwilę). W najbliższych planach wyjazd do Szczecina (Koziczki). W nieco dalszych Berlin - tutaj zobaczę moją przyjaciółkę jeszcze z czasów liceum, a na konferencji branżowej spotkam wszystkie tuzy mojej branży, których prace cytuję w mojej rozprawie. Czy gdybym półtora roku temu nie zdecydowałabym o zmianie drogi zawodowej, miałabym na to szansę? Wtedy bałam się, że wypadnę z branży. Teraz już wiem, że nie tylko w niej zostałam (choć już na innych zasadach), ale mam szansę zrobić o wiele więcej.