środa, 11 listopada 2009

Droga na skróty

Robię się monotematyczna, a tag "Psychologia" coraz bardziej puchnie, wiem ;) ale temat niektórych modnych - acz moim zdaniem szkodliwych - orientacji psychologicznych chodzi za mną już od jakiegoś czasu. W końcu napisał o tym Przekrój.

Rzecz dotyczy modnych ostatnio ustawień Hellingerowskich. Trochę na ich temat czytałam, trochę słyszałam w ramach warsztatów prowadzonych podczas Dojrzewalni Róż. Byłam ciekawa, jak to działa. Jednak w którymś momencie ta metoda zaczęła budzić moje wątpliwości. Jakie pole sił działa w ustawieniach? Do czego tak naprawdę odwołuje się Hellinger? W jaki sposób zweryfikować to, co pojawia się w ustawieniach, jeśli na przykład wynika, że problem, który ma na mnie wpływ, pojawił się w pokoleniu moich pradziadków? Znam zaledwie historię jednej mojej prababki, tylko dlatego, że silnie związana była z nią moja mama, ale pozostałych historii nie jestem w stanie sprawdzić - stąd moje zastrzeżenia. Poza tym, czy ustawienie na jednodniowym warsztacie może zastąpić pracę w ramach terapii, która w wydaniu krótkoterminowym trwa kwartał, a w wydaniu długoterminowym może nawet zająć 2-3 lata? Czy może zastąpić trudną pracę z własnymi emocjami, uważne przyglądanie się własnemu życiu czy powtarzającym się wątkom w historii rodzinnej?

Kolejny pomysł, który budzi moje duże wątpliwości i zastrzeżenia natury etycznej, to NLP, czyli neurolingwistyczne programowanie. System zakłada istnienie trzech głównych systemów reprezentacji, czyli odbioru świata i przekazywania własnych wrażeń: wzrokowego, słuchowego i kinestetycznego. Aby móc kogoś przekonać do własnych racji, trzeba poznać jego wiodący system reprezentacji, a potem go odpowiednio "przeprogramować". Tutaj nie podoba mi się samo założenie - że trzeba zastosować perswazję, bazując na wyrywkowych i bardzo niepełnych danych. To nie ten ktoś ma rację, to ja mam rację i muszę go przekonać, czyli schemat ty przegrywasz - ja wygrywam. Łatwiej zmanipulować niż próbować zrozumieć drugą osobę i jej potrzeby, przedstawić jej to, co ma się do zaproponowania, dyskutować, i być przygotowanym na to, że ta druga strona po prostu może powiedzieć "nie". Bo to też wymaga czasu i wysiłku. Spotkań. Rozmów. Autentycznego, szczerego kontaktu z drugim człowiekiem.

Platan niepodległościowy

Zasadzone rok temu drzewo rośnie sobie niedaleko ode mnie na osiedlu (jeśli się dobrze przyjrzeć, widać mój biało-niebieski blok po prawej stronie zdjęcia). Nie da się też ukryć, że zdjęcie pochodzi z zeszłego roku - dzisiaj przez cały dzień nie było tak ładnie.


wtorek, 10 listopada 2009

Lej po bombie

Wykres ciśnienia atmosferycznego na jutro by ICM wygląda jak wielki lej po bombie albo krater po upadku meteorytu. Czuję to już od dwóch dni. Inni poczuli dopiero dzisiaj, czego wyrazem ogólne podirytowanie skutkujące wybuchem awantur na poczcie czy na parkingu. Ale nie o tym chciałam. Kolejka na poczcie spowodowała, że skończyłam lekturę pewnej małej książeczki. Wayne W. Dyer, "Pokochaj siebie". Tak jak są książki, z którymi w miarę łatwo się zgadzam, to ta wywołuje we mnie irytację (może przez ten lej).

Dlaczego. Po pierwsze, pojawia się gdzieś w niej pogląd, że chrześcijaństwo kładzie nacisk na miłość bliźniego. Faktem, nie mówiło się przez wieki całe o dobrze pojętej miłości do siebie, a raczej o wyrzeczeniach na rzecz bliźnich. Ale to się zmienia. Zaczyna się zwracać uwagę na to, że pełny tekst przykazania miłości brzmi: "a bliźniego swego jak siebie samego". Po drugie, na uproszczenie dotyczące naszych emocji. Że dopiero za myślą idzie uczucie. Oj, nie. Czujemy szybciej (i często reagujemy automatycznie, na przykład złością na czyjąś złość), a dopiero myśl pozwala sobie tę emocję uświadomić i zareagować w przemyślany sposób. Autor pisze też o kontrolowaniu emocji, co mi się już zupełnie nie podoba, bo sama kontrola kojarzy mi się z czymś niezdrowym. Gdybym miała przepisać ten fragment, napisałabym raczej o uświadamianiu sobie, skąd się emocje biorą, rozpoznawaniu ich i wyrażaniu w sposób, który nie prowadzi do poniżenia innych. Po trzecie, wiara w to, że człowiek jest w stanie być istotą w pełni doskonałą i wolną od tzw. negatywnych emocji. Że negatywne emocje są też bezużyteczne. Otóż nie. To jest ludzka kondycja właśnie, odczuwać różne, złożone stany emocjonalne w reakcji na to, co się wydarza. Tak jak pisałam, lęk czy złość też mają swoje funkcje - wyzwolić siłę do pokonania przeszkody czy pomóc przewidzieć trudności (o ile są oczywiście emocjami człowieka dorosłego). Mamy prawo do wszystkich emocji. Po czwarte, problemy, które większość psychologów uważa za zachowania nałogowe, dla autora nie są problemami. Po piąte, budzi we mnie sprzeciw i opór zasada "twoje pojęcia dobra i zła są twoimi uniwersalnymi zasadami". Stawianie człowieka jako miary wszystkiego jest akurat niezgodne z moim światopoglądem. A dobro i zło nie jest tożsame z moją wygodą i niewygodą. To nie tak, że ma być mi w życiu łatwo i przyjemnie. Czasami trzeba też czegoś się wyrzec, aby opowiedzieć się za wartością, którą się wybrało. Zgodzić się właśnie na ból, na cierpienie, na niewygodę. Takie też jest życie. Po szóste, szukanie nowych doświadczeń. Pytanie, czy mam robić coś co nie sprawia mi przyjemności i do czego ewidentnie nie mam predyspozycji, tylko po to, bo muszę szukać czegoś nowego? Czy jednak nie lepiej poświęcić czas temu, co jest mi naturalne, wrodzone, i w co nie muszę wkładać tak wielkiego wysiłku? Bo ja, gdybym miała pójść na taniec i na lekcje rysunku, wybrałabym to drugie. Po siódme, niezależność, tak postulowana przez autora, nie zawsze jest zdrowa. Jesteśmy zdani na innych, bo nie jesteśmy w stanie sami zaspokoić wszystkich swoich potrzeb. Osoba, która izoluje się od bliskich relacji z innymi ludźmi i unika wszelkich zobowiązań - nawet w postaci jasnych deklaracji, czy zamierza wziąć w czymś udział czy nie, jak też unika dzielenia się własnym życiem (bo wydaje jej się, że gdyby inni wiedzieli o niej o wiele więcej, mogliby mieć nad nią kontrolę) - też nie zachowuje się w sposób zdrowy. Więc bardziej chodziłoby o zachowanie równowagi, złotego środka między samodzielnością i niezależnością, a zależnością od innych.

Ale parę rzeczy mi się też spodobało. Zasada życia tu i teraz, zwracanie uwagi na to, co dzieje się teraz. Zaakceptowanie swojego wyglądu. Pozwalanie sobie także na przyjemności. Zaprzestanie poszukiwania aprobaty innych przez mało asertywne zachowania, nieuzasadnione zamartwianie się czy obwinianie. Łamanie barier konwencji. Zwrócenie uwagi na to, z czego wynika niezdecydowanie (z lęku przed podjęciem niedoskonałej decyzji, ale z każdą decyzją wiąże się jakieś ryzyko i każda decyzja ma swoje plusy i minusy - doskonały wybór jest po prostu niemożliwy) oraz odwlekanie spraw na później (syndrom Awionetki: "jeśli nie będę tego dotykać, naprawi się samo"). Zrezygnowanie z żądania sprawiedliwości w każdej sytuacji, co oznacza zarówno pozbycie się chęci natychmiastowego zrewanżowania się osobie, która wyświadczyła nam uprzejmość (lub - druga strona medalu - sprawiła przykrość). A do tego masa praktycznych przykładów każdego z tych zachowań i wskazówek, jak nad tym pracować.

środa, 4 listopada 2009

Time has got nothing to do with it

Zaczęło się od audycji Tomasza Beksińskiego, "Muzycznej poczty UKF", w której jesienią 1991 r. puszczał po kawałku dyskografię Murphy'ego. Że akurat Trójka przeszła na nadawanie stereo, zabrałam się do nagrywania. Wkrótce dysponowałam fragmentem "Should the world fail to fall apart" i całą płytą "Love hysteria", którą w kółko katowałam (wróciłam do niej wiosną 2002 r.). Od tej pory kojarzy mi się z ostatnią jesienią w podstawówce i różnymi historiami z tamtego czasu. Potem był marzec 1992 r. i płyta "Holy smoke" - prywatnie kojarząca mi się z początkiem wakacji, kiedy dostałam się do liceum, z imprezą pożegnalną naszej klasy, z plażowaniem nad jednym z naszych jezior. Wakacje, kiedy podczas wizyty u siostry (wówczas w ciąży z pierwszą córką), przegrałam sobie z wypożyczalni także płytę "Deep", nadrabiając zaległości. Potem studia i "Cascade", która towarzyszyła mi wiosną 1997 r. i ostatnia płyta, "Unshattered", towarzysząca mi przy przeprowadzce do wynajętej samodzielnie kawalerki trzy lata temu. Tak naprawdę mnóstwo historii i wspomnień, stojących za ulubionymi piosenkami.

Każda znajoma nuta podczas koncertu przywoływała wzruszenia. Nie tylko moich, ludzie, którzy stali naokoło mnie, też słuchali muzyki, czasem kiwali się w jej rytm, uśmiechnięci ni to do Petera, ni to do siebie. Fala wzruszenia przy "I'll fall with your knife", jednej z najpiękniejszych piosenek miłosnych, ale też radość ze znanych "Marlene Dietrich's Favourite Poem", "Deep ocean vast sea" czy "A strange kind of love", która pojawiła się w bisach i płynnie przeszła w "Bela Lugosi's Dead". Taneczne szaleństwo przy "She's in parties" z repertuaru Bauhausu, transowe kiwanie się przy "Transmission" - coverze Joy Division. Do tego nieznane nagrania, być może z nowej płyty, jeśli tak, zapowiada się lepiej niż ostatnia. Aha, i jako support wystąpiła dziewczyna wykonująca muzykę elektroniczną, mająca ciekawy głos, chętnie dowiedziałabym się więcej na jej temat, ale nie wiem, kto to jest. Poczekam na oficjalne recenzje.

Nietypowa publiczność, bo przedstawiciele trzech generacji - pokoleń lat 60., 70. i 80. Zapamiętałam młodego mężczyznę w garniturze, który przyszedł chyba prosto z pracy. Zmysłową blondynkę bawiącą się z chłopakiem na całego. Wysoką szczupłą dziewczynę z półdługimi włosami, ubraną na czarno i umalowaną czarną szminką. Dziewczyny noszące się z biznesową elegancją. Długowłosi ludzie obydwu płci w glanach/martensach, dżinsach i luźnych swetrach. Wrażenie kompletnej niejednorodności, trudno o wspólny mianownik - poza tym, że była nim sama muzyka.

niedziela, 1 listopada 2009

Drobne kroczki

Spotkanie z dentystą chirurgiem, chociaż wyłączyło mnie na parę wieczorów z normalnego życia, przyczyniło się do przeczytania kilku lektur. Chylę czoło przede wszystkim przed A. Stasiukiem i jego najnowszą powieścią, "Taksim". Stasiuk połączył to, co najlepsze w jego książkach podróżniczych, z surowym, męskim punktem widzenia, znanym z jego najwcześniejszych powieści. Jego bohater nie wgłębia się w swoje stany emocjonalne, a po prostu rejestruje wszystko to, co jest. Równocześnie posiada dar spostrzegania detali. Mistrzowska mieszanka. Teraz z kolei "Hakawati mistrz opowieści" Rabiha Alameddine. Coś dla tych wszystkich, którym podobały się "Baśnie z tysiąca i jednej nocy". Potem reszta ze sterty bibliotecznej.

W końcu doszłam do siebie i mogę powoli realizować kolejne chwilowo odłożone na bok działania. Kupiłam dysk zewnętrzny, zrobiłam porządki na laptopie, wreszcie mogę normalnie pracować. Zredagowałam i wysłałam koledze naukowcowi mój rozdział książki. Wypełniłam dokumenty dotyczące kolejnego szkolenia. Zajęłam się konkursem na moim blogu zawodowym. A, i w innym konkursie sama wygrałam trzy branżowe książki. W planie dalsze prace nad doktoratem i szkoleniem. Powoli, metodą drobnych kroczków, chociaż aura i jesienne smutki nie skłaniają do jakiejkolwiek pracy.

Wszystkich Świętych. Można poznać po tym, że znad pobliskiego cmentarza wiatr niesie intensywny swąd spalenizny. Jeśli dobrze wyjrzeć przez okno dużego pokoju, to można zauważyć czerwonawą łunę nad biurowcem, który od tej strony zasłania cmentarz, i pojedyncze czerwone światełka między drzewami po prawej stronie budynku. Czeka mnie jeszcze wieczorna wyprawa do kościoła, obok cmentarza właśnie, wśród stoisk handlarzy oferujących lampki, kwiaty i obowiązkową pańską skórkę. A w pracy się dziwili, że wszystkich wiernych zmarłych wspomina się jutro, a nie dzisiaj. Pokazałam lokalną OPstronę i wyprowadziłam towarzystwo z błędu.

wtorek, 27 października 2009

Dobrymi chęciami... wiadomo

Jestem przeciwna weselom także z tego powodu, że skądinąd normalni, fajni ludzie dostają nagle małpiego rozumu. Długotrwała i nieco nużąca impreza (no bo ile można siedzieć i jeść albo tańczyć?), alkohol, a także jarmarczno-romantyczna otoczka powoduje, że uruchamia się syndrom Dyrektora Sejlsmena (czyli swatania wszystkich ze wszystkimi). Mamy na weselu jakiegoś niesparowanego delikwenta/delikwentkę? Mamy wśród koleżanek/kolegów jakąś singielkę/jakiegoś singla? No to do boju Polsko, do boju!

Miesiąc temu wychodzę z niedzielnej mszy, a tu na telefonie kilka nieodebranych połączeń od koleżanki, której nie słyszałam już parę miesięcy. Oddzwaniam.

A bo wiesz, bo byliśmy z mężem na weselu, i był taki chłopak z Niemiec, naukowiec, ale zafascynowany religią. Cały wieczór zachwycał się dziełami papieża Benedykta XVI i zupełnie nie zauważał, że się nudzimy, ale wiesz, pomyślałam, że mogę was ze sobą skontaktować, dać mu do Ciebie namiary, a Tobie do niego...

Ostatnia niedziela. Siedzę na szkoleniu, telefon ściszony. Znowu ktoś się tłucze. Koleżanka, taka jeszcze z piaskownicy. Odpisuję, że nie mogę gadać, jestem na szkoleniu. Dzwoni do mnie, bo zapominam oddzwonić.
A pamiętasz tego kolegę mojego taty, o którym Ci opowiadałam? No ten, w naszym wieku, co się astronomią interesuje i samochodami. Ja go bliżej nie znam, ale podobno jest sympatyczny. No bo wiesz, moglibyśmy was wymienić numerami telefonów, to się już zdzwonicie i zgadacie...

Ja wiem, że ludzie chcą dobrze dla innych i mają dobre intencje. Ale dla mnie sytuacja jest wyjątkowo niekomfortowa i czuję się w niej po prostu głupio, bo niby po co mam dzwonić do kogoś, kogo zupełnie nie znam? Rozumiem, że ktoś ma jakiegoś znajomego, zna go od lat, wpada na pomysł, aby wspólnie ze mną wyciągnąć nas na piwo, albo przedstawia nas sobie na imprezie. Wtedy rozmowa toczy się naturalnie, na żywo, ja nie mam jakichkolwiek obiekcji; po prostu lubię poznawać nowych ludzi i lubię z nimi rozmawiać (a co z tego wyjdzie, to już życie pokaże).

Ale bardzo nie lubię, kiedy ktoś próbuje mnie na siłę uszczęśliwiać.

niedziela, 25 października 2009

Ałaaa

Ósemka skutecznie wyłączyła mnie z życia, także ze szkolenia. Ludzie szybko zorientowali się, że coś jest nie tak, że z jakiegoś powodu wycofuję się i zapadam w siebie. Ząb dawał do wiwatu równo. W końcu stwierdziłam, że skoro w ciągu dnia z kawałkiem poprawa nie następuje i zadzwoniłam do naszej fabrycznej ubezpieczalni. Cud, że w przychodni mieli miejsce następnego dnia i to u tego chirurga, u którego byłam ostatnio.

Kolejny dzień jakoś dociągnęłam na prochach i przed szesnastą wyszłam ze szkolenia (przez co ominęła mnie najważniejsza jego część). W przychodni było już bardzo źle, trzymałam się za paszczękę i wiłam się na krześle, czekając w poczekalni na wezwanie do gabinetu. I nagle za plecami usłyszałam dziwnie znajomy głos osoby wchodzącej do środka i pozdrawiającej recepcjonistki. Nieee, to znowu on! Nie wiedziałam, czy płakać dalej z bólu, czy się śmiać, czy się sfajczyć, czy zacząć zegarek nakręcać. Ten sam kościół, teraz jeszcze ta sama przychodnia... aż strach teraz otworzyć lodówkę ;-> I ja naprawdę nie jestem OZI Pudelka czy innego pudlopodobnego portalu. Bo niby skąd miałam wiedzieć, że narzeczona pana o tej godzinie będzie kończyła swoją wizytę u dentysty właśnie w tej przychodni i pan przyjdzie ją odebrać?

Przez ten, bądź co bądź zabawny, zbieg okoliczności, łatwiej przeżyłam jakoś całą niezbyt przyjemną procedurę. Zastanawiałam się tylko, co chirurg robi z wyrwanymi zębami? (widziałam, że miał specjalne wiadro) Rzecz jasna, gdy to opowiadałam na szkoleniu, powstały różne śmieszne żarty, co można potem z robić z wyrwanymi zębami. Tak w ogóle, fajne było poczuć duże wsparcie i zainteresowanie ze strony grupy szkoleniowej. Póki co, owal mojej twarzy z jednej strony najwyraźniej dąży do kwadratu, na szafce kuchennej leży pokaźny zbiór piguł wszelakich, a ja sama snuję się po domu niczym ospały niedźwiedź. Ale, jak powiedział chirurg, teraz ból jest już związany tylko z uzdrowieniem.

piątek, 23 października 2009

Peter Murphy

Ten rok to jest rok spełniania się muzycznych marzeń. Były już Siostry, teraz na koncert przyjedzie Peter Murphy. Wtorek, 3 listopada, niestety w Stodole (kiepskie nagłośnienie, dym i zaduch, kiepskie piwo). Bilet już mam.


Jak dla mnie to najlepsza piosenka o miłości, już od wielu wielu lat.

czwartek, 22 października 2009

Szkolenie...

...podoba mi się bardzo. Na razie mamy trening interpersonalny, czyli takie dość swobodne ćwiczenia, pokazujące nasze relacje z innymi i nasze podejście do samych siebie. Ciekawi ludzie są w mojej grupie - niebanalni, otwarci, chcący się rozwijać, o różnorodnych zainteresowaniach, mądrzy życiowo. O sobie też dużo się dowiedziałam. Ale żeby nie było tak super, ósemka, który miała być wyrwana za dwa tygodnie, od paru dni jest bardzo aktywna, więc spotkanie z chirurgiem niestety już jutro. Do tego niedobre wieści od koleżanki. Ostatnio też wzmożona tendencja introwertywna, do wycofywania się w głąb siebie i skupiania się tylko na moim małym światku. W pracy zaszywam się w swoim własnym kącie i skupiam się wyłącznie na pracy, metodycznie robię swoje. Wieczory raczej domowe niż towarzyskie, robię sobie herbatę przykrywam się czymś ciepłym, i nadrabiam kolejne czytelnicze zaległości. I przyznam się szczerze, że nawet lubię ten stan.

środa, 21 października 2009

O emocjach - część 2

To jest coś, co znalazłam w książce Pii Mellody "Toksyczne związki" i czym też chciałabym się podzielić, bo stworzyło mi temat do rozmyślań na całe dwa tygodnie. Mellody napisała, że żeby dobrze rozpoznawać własne emocje, trzeba też wiedzieć, że mogą one pochodzić z jednego z czterech obszarów:
1. Uczucia dorosłe - dojrzała, autentyczna reakcja na myślenie. Ich źródłem jest to, co jest w nas dorosłe. Dają poczucie skupienia się na sobie.
2. Uczucia wzbudzone - są skutkiem empatii, wczucia się w stany emocjonalne innej osoby. Każdy z nas to potrafi i wtedy czuje cudze uczucia w sposób umiarkowany. Problematyczne jest jednak przejmowanie zbyt silnej dawki cudzych uczuć, od osoby która odczuwa coś bardzo intensywnie, zaprzecza swoim uczuciom albo lekceważy swoje uczucia. Te uczucia są bardzo silne, działają przytłaczająco, wywołują wrażenie, że coś z nami jest nie w porządku, wydają się dziwaczne, ponieważ nie są nasze własne. która zaczyna działać przytłaczająco. Często zdarza się to osobom, które wewnętrzne granice nie istnieją, albo są uszkodzone. Mi się przypomina jedna taka sytuacja, w której bardzo silnie odczuwałam to, co odczuwała inna osoba w moim otoczeniu i tak notowałam swoje wrażenia: "skąd to się wzięło?", "czuję uczucia, które nie są moje" "mam ochotę bić głową w ściany", "to się nie dzieje naprawdę". Gdy to wszystko spisałam, a potem porównałam z relacją tamtej osoby, wyszły dwa identyczne teksty...
3. Uczucia zamrożone - to są wszystkie te emocje, których nie mogliśmy z jakichś względów wyrazić i przeżyć w dzieciństwie, zazwyczaj złość, ból, strach, smutek. Kiedy zaczynają się rozpuszczać, czujemy się jak bezbronne, podatne na wszelkie zranienia dziecko. Wydają nam się bardzo dawne i pragniemy je powstrzymać, ponieważ towarzyszy im pochodzące z dzieciństwa ostrzeżenie "nie mogę tego czuć, bo umrę, jeśli będę to czuł". Na przykład mogą to być długo tłumione uczucia smutku związane z trudnymi sytuacjami, jakie wydarzyły się w rodzinie i które to uczucia nagle zaczynają znajdować ujście.
4. Uczucia przenoszone z dorosłego na dziecko - dzieci przejmują od dorosłych, którzy ich poniżają, także wstyd, wściekłość, strach i ból, i potem te uczucia, głęboko ukryte, przenoszą w wiek dojrzały. Ich odczuwanie wiąże się z poczuciem zdruzgotania i brakiem kontroli nad sobą. Czyli na przykład, jeśli ktoś "sprzedał" ci swój lęk przed porzuceniem, każda sytuacja oddalania się partnera będzie powodowała falę trudnego do opanowania lęku.